Życie studenckie w Japonii

Minął kolejny miesiąc od kiedy przeprowadziłem się do Sapporo i zamieszkałem w słynącym z rygorystycznych zasad domu studenckim. W kolejnym odcinku moich opowieści z Kraju, Gdzie Mężczyźni Noszą Stringi chciałbym podzielić się kilkoma ciekawymi spostrzeżeniami na gorąco oraz przybliżyć Wam odrobinę sytuację, w jakiej Jego Nieperfekcyjność Mazzi się znalazł. Czy dwa miesiące wystarczyło, bym został gwiazdą rocka i podbił lokalne listy przebojów? A może niczym Anjin-San z „Shoguna” otrzymałem od cesarza własną eskadrę samurajów oraz wioskę we władanie na Hokkaido? 

Jak wynająłem pokój w Domu Strachów

Z łezką w oku wspominam czasy, gdy odwiedzałem swoich przyjaciół, mieszkających w krakowskich akademikach. Na portierni witała nas jedna, góra dwie osoby i nie było większych problemów z przyjmowaniem gości w pokojach. Minimum personelu, podstawowe zasady i względna swoboda. To rozwiązanie najwyraźniej nie sprawdza się w Japonii, gdyż w miejsce typowej, polskiej „pani Zosi” z okienka tutaj zatrudnienie znalazła spora ilość osób, na co dzień urzędująca w sporych rozmiarów biurze. Szoku nie było, bo widziałem już tu wielokrotnie osoby wykonujące niepotrzebne zajęcia. Przykładów jest wiele: noszący specjalne mundury strażnicy z lizakami, strzegący oznakowane i widoczne z daleka rozkopane dziury na jezdni; strażnicy miejscy, patrolujący przejścia dla pieszych z funkcjonującą sprawnie sygnalizacją świetlną; naciskające przyciski w windach hostessy. Kwestii nieprzydatnych stanowisk pracy poświecę wkrótce oddzielny artykuł.

Cały proces przyjmowania do akademika przypominał rozmowę o pracę w poważnej firmie, gdyż przed umówionym spotkaniem musiałem przygotować całe zaplecze dokumentów oraz zaświadczeń na temat stanu zdrowia itd.  W umówionym dniu stawiłem się w akademiku, gdzie zaproszono mnie na spotkanie w sali konferencyjnej. W krzyżowy ogień pytań wzięły mnie cztery  osoby, w tym Jej Krzywozębna Magnificencja Wielce Szanowna Pani Dyrektor-San. Było zupełnie jak na sali rentgenowskiej podczas badania, choć w miejsce zwykłej maszyny znajdował się aparat wykonawczy akademika, a zamiast płuc tutejszy personel przenikliwym spojrzeniem mistycznych źrenic prześwietlał na wskroś moją grzeszną duszę, spowiadając wszystkie jej ciemne tajemnice. Opowiedziałem o swoim życiu przed przyjazdem do Japonii, o moich obecnych planach, a następnie miałem zacząć opowiadać o życiu po życiu, ale na szczęście podziękowano mi i mogłem opuścić salę kaźni.

Sympatyczne sąsiadki🙂

Akademik „Sapporo Kokusaikoryuukaikan” nastawiony jest na wymianę międzynarodową, więc osoby dobierane są starannie i z głową, zgodnie z ustaloną przez kierownictwo linią. Dlatego tak ciężko tutaj o pokój, ale oczywiście znalazłem dziurę w całym i udało mi się sprzedać swoją osobę. Mój pobyt w Ameryce nauczył mnie kilku sztuczek, więc odpowiednio zareklamowałem Naszą Wielką Polską Kulturę i Spuściznę, przez co otrzymałem zielone światełko. Tak zaczęła się moje sielankowe życie w nowym miejscu, gdzie żaden worek ze śmieciami nie stanowi tabu i nigdy się nie wie, kiedy personel pogwałci naszą prywatność kontrolując, czy przypadkiem puszki nie znalazły się obok pojemników po kisielu.

Kolejną niedogodnością jest brak możliwości nocowania ludzi. Jest to zakazane i jedynym wyjątkiem są członkowie najbliższej rodziny. Oczywiście są sposoby na obejście tego zakazu, gdyż kiepsko opłacani strażnicy lubią sobie wieczorną porą wychylić czarkę sake i położyć się spać, co perfidnie wykorzystuje męska część akademika, bezszelestnie wkradając tutaj swoje skośnookie termofory – wszak zima na Hokkaido jest sroga, więc trzeba czymś ogrzewać pościel.

Pierwsza wizyta w moim nowym pokoju w akademiku „z piekła rodem”. Sporo się od tamtego czasu pozmieniało.

Są oczywiście plusy, gdyż mieszkając tutaj przez kilka tygodni poznałem ludzi z aż 30 państw. Wszyscy sympatyczni i pełni energii, więc nie brakuje okazji do wspólnej zabawy. Przynajmniej dwa razy w tygodniu urządzane są sympatyczne wieczorki herbaciane gdzie mamy okazję porozmawiać i od czasu do czasu oglądnąć film, czy pograć w karty. Czasem oczywiście zabawę przenosimy na zewnątrz i nie brakuje atrakcji, jak choćby nocnej zabawy w chowanego w mieszanym składzie ludzi z Polski, Rosji, Ugandy, Chin, Korei, Japonii i Kolumbii (Uganda oszukuje, bo korzysta z barw maskujących:).

Dużym plusem są też odbywające się trzy razy w tygodniu spotkania z wolontariuszami, którzy oferują bezpłatną pomoc w nauce języka japońskiego. Chwile konsternacji przychodzą tylko w nocy gdy wybije północ i słychać na korytarzu zawodzący jęk stereotypowej dziewczynki z opadającymi na twarz włosami rodem z Japońskich horrorów.  W końcu czym byłby budynek w Japonii bez straszącego w nim ducha, prawda?

Jednak podstawą w nauce języka jest integracja z tubylcami🙂

Jak przedzieram się przez gęste krzaki.

Od dawna chciałem uczyć się języka japońskiego w miarę zorganizowany i regularny sposób. Ciężko było to jednak pogodzić z pracą i innymi obowiązkami, ale od kiedy przekroczyłem granicę Ojczyzny Hello Kitty te ograniczenia przestały obowiązywać. Obecnie poświęcam mojemu hobby od 8 do 10 godzin w tygodniu (zajęcia). Podstawę stanowi 4.5 godziny zajęć na Uniwersytecie. Kolejnym udogodnieniem okazał się być program korepetycji oferowany przez uczelnie. Sprawa jest o tyle ciekawa, że nauczycielami są studenci, którzy w ten sposób mogą sobie dorobić do skromnego budżetu. Tak więc nie tylko mogę się uczyć, ale jeszcze wspieram portfel Japońskiego żaka i wszyscy są szczęśliwi.

Uzupełnieniem całości są wspomniane zajęcia z wolontariuszami, na które uczęszczam, jeśli akurat mam wolny czas i nie wyjeżdżam poza miasto (weekend). Oczywiście sytuacji w których mogę skonfrontować się z językiem jest dużo więcej. Jestem dzielny, chociaż nie jest łatwo. Potrzebuję czasu by nabrać pewności w wysławianiu się, a nowych rzeczy do nauki wydaje się tylko przybywać. Niemniej jednak jestem szczęśliwy, bo zawsze marzyłem o podobnej możliwości i nie zamierzam jej zmarnować. Podobno  jednak najlepsze efekty można osiągnąć, jeśli się człowiek uczy w łóżku, grzejąc się wspomnianym wyżej termoforem.


Tym razem na obiad kurczak. Dobrze upieczony i przynajmniej nie wyskoczy na mnie z talerza🙂

Jak infiltruje lokalną kuchnie

Japońska kuchnia jest pod wieloma względami doskonała i choć czasem wspominam z tęsknotą typowo polskie specjały, tak odkrywanie tego zupełnie nowego uniwersum doznań jest dla mnie absolutnie jedną z istotniejszych przyjemności. Postanowiłem chwycić byka za rogi, więc obok wspierania lokalnej ekonomii i pobliskich punktów gastronomicznych sam biorę się powoli za gotowanie. Ostatnio brałem udział w lekcji gotowania zupy curry, jednego z lokalnych specjałów na Hokkaido. Zupa Curry przyrządzana jest na różne sposoby, więc praktycznie każda knajpka dodaje do ogólnego przypisu ten składnik X, który sprawia, że danie nabiera charakteru.

Co ciekawe, ostrość dania regulujemy wedle uznania. W każdej restauracji w karcie dań znajduje się informacja o ostrości potrawy. Zwykle obowiązuje skala od 1 (lekko ostrawa) do 8 (oznaczona trupią czachą, oznacza danie dla samobójców oraz cyrkowych połykaczy ognia. Ewentualnie ludzi z Tajwanu i czcicieli szatana), ale są też miejsca, gdzie można wybierać ostrość od 1 do 100. Moim osobistym faworytem jest zupa bezmięsna, składająca się z najróżniejszych warzyw. Potrawa jest absolutnie genialna i nie omieszkam przyjechać do Polski z odpowiednim zapasem przypraw, by choć częściowo odtworzyć tą genialną recepturę i poczęstować przyjaciół.

Zupa curry w wersji lokalnej. Musicie tego spróbować.

Lubię poszerzać swoje horyzonty smakowe, więc staram się w miarę regularnie próbować nowych rzeczy i – jak to czasem bywa – zdarzają się wypadki przy pracy. Ostatnio miałem ochotę na yakitori, czyli smażonego kurczaka podawanego na patyku (przypomina wyglądem nasz szaszłyk). Niestety w restauracji dało znać o sobie zmęczenie i źle przeczytałem znaki kanji oznaczające nazwę potrawy. W rezultacie po 10 minutach ku mojemu zdziwieniu kelnerka przyniosła mi wijącego się na ryżu, tłustego, gapiącego się na mnie wyłupiastymi oczami węgorza w sosie własnym. Niestety nie smakował jak kurczak, ale nie było wyboru, więc wziąłem się za sprawę po męsku i przedzierając się przez las ości zjadłem morskiego potwora.

I tak smakował o wiele lepiej, niż wyciśnięty ze skorupy mózg innej bestii z głębin morza, jaką ostatnio wcisnął mi znajomy Japończyk („To dobre! Spróbuj!” – kłamał:). Kuchnia japońska jest nie tylko pyszna, ale też pełna niespodzianek. Oczywiście nie było też dla mnie zaskoczeniem, że wszystkie specjały „japońskie”, jakie miałem okazję kosztować w Polsce, nie umywają się do autentycznych dań przyrządzanych z tutejszych składników.

Tyle na dzisiaj. Dziękuje za komentarze przy poprzednim odcinku cyklu i proszę ślicznie o dalsze wsparcie. Zapraszam w przyszły piątek na kolejny artykuł, poruszający temat intrygującego tańca Yosakoi Soran oraz poświęconego mu festiwalowi.  Podzielę się z Wami również moją kolejną pasją, jaką są onseny, czyli  popularne tutaj gorące źródła. Dziękuje i zapraszam ponownie!

Spoglądam w dal z nadzieją, że wrócę do domu i będą na mnie czekać komentarze od czytelników🙂

32 thoughts on “Życie studenckie w Japonii

  1. Pingback: Z Japonii: Przeprowadzkowo « Japonia – Mazzi.pl

  2. Pozwolę sobie dodac pierwszy komentarz:)) fajny tekścik, dawno nie pisałeś, a opowieść o tabunie urzędniczek miast „pani Zosi” bardzo mnie rozbawiła:) czekam oczywiście na dalsze nowiny, co byś nie tylko Ty rozwijał się kulturowo tam na miejscu, ale my tutaj także!

  3. A ja wlasnie przedwczoraj jadlam yakitori w tej restauracyjce co wiesz na chinatown.. hmmm „pani Zosia.”. no coz nieraz z nami wodeczke pila… mam nadzieje ze poczesatujesz tym likierkiem co obiecales- ciesze sie ze przeprowadzka sie udala i masz pozytywne wrazenia… licze ze bedzisz wiecej pisal i 3mam kciuki za studia jezykowe… (moje jak widziales tez do przodu:P)
    xxx

  4. „Podobno jednak najlepsze efekty można osiągnąć, jeśli się człowiek uczy w łóżku, grzejąc się wspomnianym wyżej termoforem.”
    >>> To ja nawet wiem, kto Ci dał tę radę. Dostałem taką samą, lol.

    Faktycznie, slyszalem, ze na Polnocnej Wyspie ramen juz sie przejadl. Ale i tak go sobie nie odmowie. Ani suupu kare. Ani onsenow.

    Pamietaj, Mazz – z kazdym dniem coraz blizej „gajdżyn inwajżyn”! ;D

  5. nic dodać nic ująć – świetny tekst, uśmiałam się do łez!😛

    A z tą radą to coś jest, bo nie tylko faceci takie otrzymują😛 (pozdrowienia dla zaprzyjaźnionej Japonki Od Dobrych Rad :D)

  6. Oj Mazzi, Ty zamiast pisać nam dalej o jakichś tańcach lepiej skup się na termoforach – czekamy na jakiś akademikowy ranking czy coś.😉 A tekst jak zwykle spoko.🙂

  7. Kolejny świetny tekst, chcę zupę, akademik jak w Polsce😉 No może oprócz tej karty, która uniemożliwiłaby studentom dojenie z emuli podczas ich nieobecności. Jak zawsze mój support i szacun. Zazdroszczę w zdrowy sposób – bo po prostu chciałbym tam być! Czekam na więcej!

  8. Doskonały tekst, niesamowite opowieści. Tak sobie myślę czy Japończycy przebywający w polskich realiach (i akademikach) mieliby równie barwne spostrzeżenia🙂
    pozdrowienia z siedziby szatana z żółtą kropką w logo😉
    mz

  9. Jako mieszkaniec tego samego akademika pozwalam sobie delikatnie zaprotestować. Nie ma co demonizować, faktycznie są pewne ograniczenia wynikające z różnic kulturowych, ale jeżeli odjąć te różnice to wychodzi, że jest dużo lepiej niż w Polsce. Dla przykładu w Polsce jeszcze nigdy nie udało mi się ominąć portiera.😉

  10. WISŁAAAA

    MTV Cribz – Wydanie Sapporo.

    Czy w tym akademiku nie mieszka przypadkiem Jay-Z? Jakoś mi się o uszy obiło.

    Wideo pełni tutaj rolę wisieńki na torcie – dwa kciuki do góry?

    Oprócz komentarzy – życzę termofora

  11. Mazii jesteś po prostu wielki!!! Czytam twój przewodnik po Japońskiej ziemi z zapartym tchem!Czekam na kolejne odcinki!P.S stary ten akadamik toż to istna rewela-a i łóżko pomieści dwa termofory:)Pozdro z Tarnowa!

  12. Swietny artykul Mazzi! Super sie czytalo… zakonczenie z potrawami tylko narobilo mi smaka i teraz krzatam sie po kuchni (cholera pusto w lodowce! :() za czyms do jedzenia😛. Zupa curry w wersji lokalnej wyglada przepysznie :D~~~~~~~~
    Wpis jak zawsze – trzyma fason i jest naprawde ciekawie, tylko troszke za rzadko jak dla mnie🙂.
    Pozdrawiam, tesknie i czekam na nastepny artykul!😀

  13. Trzymam kciuki i czekam na następne wpisy😀

    Akademik… ciekawe czy tamtejsi studenci podobnie spędzają czas jak polscy – wyrzucanie komputerów przez okna, ślizganie się po podłodze na korytarzach, robienie rac w pokojach oraz robienie głośnych imprez itp. xD

  14. Wow Mazzi, ty to ale jesteś fajny normalnie😀
    Jesteś w Japonii ucząc się „pilnie”, ale i tak znajdujesz czas na to by skrobnąc zarówno do Extrema jak i na własnym blogu. Szczerze podziwiam i cieszę się niezmiernie.
    Jam co prawda anonimowy fan twoich publikacji, ale prosiłbym (jakby się dało) więcej fajnych filmików „Nihon kara”
    Może z jakimś twoimi nowymi kolegami lub lepiej koleżankami😀.

    Pozdrawiam

    Gambatte

  15. Dobry termoforek nie jest zły🙂 Super się czyta, czekam z niecierpliwością na kolejne wpisy i raporty z KKW🙂
    Jak wyszedłeś na balkon…ahh aż mną tąpnęło…Klimacik🙂
    Pozdrawiam

  16. Fenomenalny reportażyk! Uwielbiam takie relacje życiowe – życie codzienne w Japonii, kraju, który jest celem mojej podróży życia, o którego poznaniu i zwiedzeniu marzę od dobrych kilku lat (od kiedy wziąłem do ręki pierwszy zeszyt Neon Genesis Evangelion;)). Więcej, WIĘCEJ!!!! I pisz dłuższe artykuły!

  17. Stary, zwyczajnie rządzisz.

    Dzięki temu, co robisz (mam tu na myśli upublicznianie twórczości, a nie edukację w Japonii), wyświadczasz ogromną przysługę wszystkim, najczęściej młodszym osobom, którzy marzą o podobnych osiągnięciach.
    Pamiętam czasy, kiedy byłem znacznie młodszy (jakieś 9 lat temu) i sam szykowałem się do podobnego wyjazdu do Japonii. W naszym małym, smutnym kraju dostęp do podobnych wiadomości miałem mocno ograniczony (dość powiedzieć, że w tym czasie miałem tylko komputer, bez dostępu do Internetu (to możliwe – uwierzylibyście ;)), a dostępna literatura opierała się głównie na dziełach wszelakich prof. Tubielewicz (pochodzę z miejscowości na Dolnym Śląsku niekoniecznie małej (ponad 100 tys. głów), ale i niekoniecznie rozwiniętej i nadążającej za postępem). Jednocześnie były to czasy, w których kieszenie spodni nie urywały mi się od nadmiaru „drobnych” (co najwyżej ze starości), więc wycieczki do, chociażby, Wrocławia czy japonistycznej Mekki w Polsce – Krakowa leżały poza moim zasięgiem.

    Uogólniając – dziękuję w imieniu wszystkich osób, którym pomagasz (świadomie bądź nie) swoimi tekstami, bo zapewne jest jeszcze niejedna osoba, która planuje podobne rzeczy, a z pewnych względów (wiek, kasa, strach przed lataniem😉 nie może sobie pozwolić na realizację planów i tu pojawiasz się Ty – jedno z nie tak wielu okien na świat (w Internecie coraz więcej takich stron/blogów/poradników, ale ja zawsze byłem zwolennikiem jakości, a nie ilości).

    Koniec końców – kampai, panie Michale! Szczerze życzę powodzenia!

  18. Witam

    Pierwszy raz przeczytałem tego bloga i jestem pod wieeelkim wrażeniem🙂

    Więcej… WIĘCEJ🙂 poproszę tego więcej. Świetne nagranie z prezentacji ‚chatki’. Niby banalne ale jakie ciekawe (bo jednak japońskie :P). Weź kamerkę, czy czym to kręciłeś, i pakuj się na ulice. Oczywiście rozpocznij przygodę od wejścia do windy. Zagadaj ludzi itd. itp. Pokaż różnice między Japonią i Polską odnośnie … wszystkiego🙂 nawet bzdurnych rozwiązań w kwestii parkowania, serio!

    Aha, zaciekawiła mnie sprawa z prądem… mówiłeś na nagraniu, że wyciągnięcie karty powoduje wyłączenie prądu… a co z lodówką😉 ?

    Pozdrawiam, i życzę powodzenia. Realizuj marzenia i pisz więcej, nagrywaj więcej.

  19. Nie wiem co mam napisać …. odjęło mi mowę. Trafiłam tutaj zupełnie przypadkowo szukając artykułu o świętach… i muszę przyznać wstyd mi że nie trafiłam tu wcześniej.

    Świetny blog już po pierwszym artykule polubiłam twój styl pisania czyta się jak dobra książkę.

    No i Japonia to dobrze że nareszcie informacje z pierwszej ręki. Można poczuć przez moment tę japońska atmosferę.

    Co do MEXT’u mam zamiar przymierzać się do zdawania (tylko na studia licencjackie) więc nie dość że mój podziw naprawdę wzrósł to jeszcze dałeś mi nadzieje. Arigatou Gozaimasu.

    A tak przy okazji, podobnie jak kolega z poprzedniego postu proszę o więcej.

  20. Świetny artykuł, uśmiałam się do łez🙂 Trafiłam tu przez przypadek, bo chciałam znaleźć coś o jedzeniu pałeczkami i tak oto z jednego wpisu trafiłam na drugi. Masz świetny styl pisania i, jako że lubię czytać o Japonii i tej kulturze, będę tu częstszym gościem😀

  21. Nareszcie ktoś, kto potrafi pisać. Ponieważ jeszcze nie zwiedziłem całego bloga(blogu???), to nie wiem, czy Ci się nie znudził i nie został porzucony. Nawet gdyby, to pamiętaj, żeby go podtrzymywać choćby czasami, bo jest znakomity, a jak widzę(czytając) jesteś jednym z nielicznych, którzy posiadają jeszcze poczucie humoru.To dziś dość niespotykana cecha.
    Tak przy okazji: a nie wrzuciłbyś trochę tego na moją maleńką, kameralną stronkę? Wprawdzie jest formalnie o anime”Naruto”, ale ostatnio jest jakby mniej ekscytujące…… Zresztą zajrzyj i sam powiedz, może by to było fajne. Nie znam Japonii z własnego doświadczenia, dlatego opieram się na cudzych opisach, więc może coś z pierwszej ręki by ją nieco ożywiło?Oczywiście z podaniem autora i np.odnośnika do blogu czy co tam zechcesz?
    I jeszcze jedno, w Sapporo jest pewien ciekawy stadion.Masz może trochę jego zdjęć?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s